|
|
ZLOT
WŁADYSŁAWOWO 2008
Polscy
kibice Chelsea mieli w sierpniu okazję spotkać się z ludźmi
dzielącymi ich pasję w nadbałtyckim Władysławowie. Organizator,
stowarzyszenie „Chelsea Poland” ponownie stanęło na wysokości
zadania. Mimo setek kilometrów do przebycia i nieprzychylnych
prognoz pogody, zjawiło się ponad 30 osób.
Oficjalnie zlot
rozpoczął się 14 sierpnia z samego rana. Wtedy do Władysławowa
przyjechał pierwszy pociąg pełen kibiców z Katowic, Krakowa,
Warszawy i okolicznych miejscowości.
Rozpoczęło się
odbieranie i dowożenie pozostałych ,,zlotowiczów” na pole
namiotowe „Oland”, oddalone od dworca PKP o ok.6 km. Po rozłożeniu
namiotów nadszedł czas na przywitanie z plażą. Po powrocie do
naszej ,,bazy”, wybieraliśmy już różne aktywności. Część
po prostu zasnęła, inni postanowili coś wspólnie przekąsić,
niektórzy pokopać futbolówkę. Następnie, wieczorna (jak się później
okazało powtarzana każdego dnia) wspólna wizyta wszystkich w
pubie, dyskusje, śpiewy i śmiech aż do zamknięcia lokalu. Zmęczeni
ciężkim dniem i poprzedzającą go nieprzespaną nocą, rozeszliśmy
się do namiotów.
Nazajutrz, po
nocy na dmuchanych materacach, w często przeciekających namiotach,
szybkie śniadanie poprzedziło wyjazd do miasta gdzie miał się
odbyć mecz Chelsea.pl vs ChelseaLondyn.pl. Korki zmusiły
nas by niemal całą drogę na boisko przejść pieszo. W pośpiechu,
chcąc zdążyć przed nadciągającym deszczem, rozpoczęliśmy grę.
Chelsealondyn.pl wyszła na prowadzenie po golu Wirusa. Tuż przed
przerwą na 1-1 wyrównał organizator zlotu, Songus. W drugiej połowie
Chelsealondyn.pl wyszła na 3-1 po golach Wojnara i Kondrackyego.
Bramkę kontaktową zdobył jeszcze Songus, ale na więcej zabrakło
czasu. Po meczu podział na dwie grupy. Jedni zostali w mieście by
tam zadbać o swoje żołądki, drudzy wybrali powrót na pole
namiotowe. Podobnie wieczorem. Po krótkim czasie spędzonym razem
tak jak poprzedniej nocy, część wybrała się do miasta potańczyć.
W sobotę od rana
gościliśmy w Władysławowie. Odwiedziliśmy wystawę pająków,
aleję gwiazd i obejrzeliśmy na miejscu mecz naszych siatkarzy na
Igrzyskach Olimpijskich. Problemów znowu przysporzył nan padający
deszcz i konieczność przejścia całej drogi powrotnej pieszo. Po
kilku godzinnej wycieczce wróciliśmy na pole namiotowe by rozpocząć
najlepszy wieczór tego zlotu. Przez te kilka godzin chyba każdy włącznie
z barmankami ,,naszego pubu” dobrze się bawił. Jak dla nas
zamknięto go zbyt wcześnie, więc wybraliśmy się jeszcze na plażę
i dopiero późną nocą wróciliśmy do namiotów.
W niedzielę,
czyli dzień meczu z Portsmouth okazało się, że pewne aktywności
dnia poprzedniego sprawiły, że niektórzy niemal całkowicie
stracili głosy (to na pewno ta wietrzna plaża...-red.).
Wzmocnieni posiłkiem wyruszyliśmy do oddalonej o 40 minut jazdy
pociągiem Redy, gdzie mieliśmy oglądać inauguracyjną potyczkę
Chelsea. Oczywiście w pociągu nie mogło obyć się bez przygód z
konduktorem, ale jakoś sobie poradziliśmy. Na miejscu, ponad 30
osobowa ekipa kibiców, dumnie maszerująca przez dworzec, a później
ulicami miasta prezentowała się dosyć imponująco. W lokalu byliśmy
już na około godzinę przed meczem, ale zapewniam, że czas ten upłynął
nam bardzo szybko. Wraz z rozpoczęciem spotkanie nastąpiła,
nieobecna dotąd na zlocie, cisza - raz po raz przerywana próbą
dopingu któregoś z zachrypniętych zlotowiczów. Powiedziałbym
nawet, że zachwyt wywołany stylem gry Chelsea sprawił, że prawie
całkowicie zapomnieliśmy o zorganizowanym dopingu. Każdy chciał
dostrzec najmniej istotny szczegół. Przez 90 minut nie ustawały
więc głośne komentarze. Po spotkaniu wróciliśmy na pole
namiotowe by fetować zwycięstwo (niektórzy dotarli tam później,
dopiero po meczu Manchesteru). Udało nam się namówić obsługę
naszego ośrodkowego lokalu by zamknąć go dopiero o północy, ale
rzecz jasna i to nie wystarczyło. Dalej bawiliśmy się pod gołym
niebem aby jak najdłużej cieszyć się ostatnią nocą tego zlotu.
Po przebudzeniu
zauważyliśmy, że - jak na złość, akurat w dzień wyjazdu –
na niebie pojawiło się słońce. Nie mogliśmy przegapić takiej
okazji, dlatego czym prędzej popędziliśmy na plażę i wreszcie
wskoczyliśmy do morza. Po maksymalnie wydłużonym czasie
przesiadywania przy brzegu nadszedł czas by zacząć się żegnać
z polem namiotowym (a gdzie można było zrobić to lepiej niż w
tamtejszym pubie?). Na pociąg jechaliśmy z dokuczliwą świadomością
ciągle poprawiającej się pogody, ale na pewno nie w złych
humorach. Smutek wynikający z faktu, że zlot oficjalnie już się
skończył, rekompensowała nam świadomość, że pozostało nam
jeszcze 12 godzin rozmów i śpiewu w pociągu...
Podsumowując,
mimo czasem wyjątkowo niekorzystnych warunków pogodowych i pozostałych
mniejszych przeszkód, zlot Władysławowo 14-18 sierpnia 2008 bez wątpienia
możemy zaliczyć do udanych. Bawiliśmy się dobrze, a tradycja
Chelsea wygrywającej w pięknym stylu podczas zlotu została
podtrzymana. Do zobaczenia przy najbliższej okazji – tym razem na
Dolnym Śląsku?
|
|